2.4 C
London
Monday, March 4, 2024

“Empuzjon” – nowa powieść Olgi Tokarczuk. Fragment

Must read

- Advertisement -


W środę ukazała się nowa, dziewiąta powieść Olgi Tokarczuk, zatytułowana “Empuzjon”. Dzięki uprzejmości pisarki i Wydawnictwa Literackiego publikujemy jej fragment.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Sanatorium, zagadka, rok 1913. Premiera nowej powieści Olgi Tokarczuk

Olga Tokarczukfot. Łukasz Giza/Wydawnictwo Literackie

Wojnicz zszedł na dół około dziesiątej, był bowiem umówiony na badania w kurhausie.

- Advertisement -

W całym domu z powodu małych okien, rzadko rozmieszczonych w ścianach, panował półmrok — to typowe dla górskiej architektury. Stały tu owalny stół przykryty wzorzystym grubym obrusem, kanapa i kilka krzeseł, pod ścianą zaś pianino, o jego rzadkim używaniu świadczyły pojedyncze ślady palców na połyskującej klapie i plik pożółkłych nut. Nieduża półeczka wisząca obok pełna była książek o regionie, okolicznych trasach narciarskich i zabytkach. W ogromnym przeszklonym kredensie bieliła się piękna porcelanowa zastawa z kobaltowymi sentymentalnymi scenkami — pasterzy i owiec.

– Gemütlich – szepnął do siebie Mieczysław, zadowolony, że przypomniał sobie pewne niemieckie słowo, które lubił szczególnie. Takiego słowa brakowało w jego języku. Przytulnie? Miło?

Powracały doń też słowa doktora Sokołowskiego z czasów, kiedy ten zaczął go leczyć i zmagać się z jego apatią – że życie należy uczynić apetycznym. Tak, apetyczne, to lepsze słowo niż “gemütlich”, pomyślał Wojnicz, odnosiło się bowiem nie tylko do przestrzeni, ale także do wszystkiego innego — do czyjegoś głosu, do sposobu mówienia, siadania w fotelu, wiązania chustki pod szyją, do tego, jak ułożone są ciasteczka na talerzyku. Przeciągnął palcem po stole przykrytym miękkim oliwkowozielonym pluszem i dopiero po chwili z przestrachem zauważył w fotelu przy oknie szczupłego mężczyznę o wyrazistych ptasich rysach, w drucianych okularach na wydatnym nosie. Spowijała go chmura papierosowego dymu. Ręka Wojnicza odskoczyła od pluszu jak oparzona i zniknęła w objęciach drugiej, zakłopotana. Mężczyzna, równie zmieszany tym odkryciem jego samotności, wstał i przedstawił się dość oficjalnie, po niemiecku, z dziwnym śląskim akcentem:

– Walter Frommer. Z Breslau.

Wojnicz powoli i wyraźnie wypowiedział swoje imię i nazwisko, pewnie w nadziei, że tamten od razu je zapamięta. Rozmawiali przez chwilę i Frommer zdążył go poinformować, że leczy się w Görbersdorfie regularnie, jest tutaj, z przerwami, już trzy lata. Czasami wracał na chwilę do Breslau, ale tam zaraz mu się pogarszało.

– Wie pan, miasto Breslau leży nad wodą. Wiosną nad budynkami wiszą chmary komarów, małych, ale niezwykle jadowitych, a ludzie chorują na reumatyzm. Latem nie sposób wysiedzieć w ogrodzie, dlatego urzędnicy państwowi zostają tam tylko na krótki okres kilku lat, a potem wracają do lepszych miejsc. Breslau to miasto przejściowe – w jego głosie pojawił się smutek, jakby miastu współczuł. — To przez tę wszechobecną wodę, wkrada się wszędzie… Źle to znoszę… – Zaczął kaszleć. – O, widzi pan, na samą myśl o tym kaszlę.

Wojnicz umknął wzrokiem w kierunku okna, za którym przechodziło właśnie jakieś wesołe towarzystwo, co chwilę wybuchające śmiechem. Pomyślał, że ci ludzie śmieją się po polsku, choć nie bardzo potrafił sobie to wrażenie wytłumaczyć. Z daleka nie było słychać słów.

– Czy i pan szykuje się do przeprowadzki do kurhausu? – zapytał Frommera.

Myślał, że to pytanie wywoła na twarzy rozmówcy bodaj lekki uśmiech, ale ten potraktował je poważnie.

– Boże uchowaj – żachnął się. – Tam jest za dużo ludzi. Nic stamtąd nie widać. Niczego się pan nie dowie ani nie nauczy. Życie w tłumie jest gorsze niż więzienie.

No cóż, Wojnicz miał już chyba wyrobione zdanie na temat Waltera Frommera – dziwak.

Obaj byli, zdaje się, równie nieśmiali, bo przez chwilę stali naprzeciwko siebie w niezręcznym milczeniu, jeden czekał, aż drugi wypowie jakieś konwencjonalne zdanie. Wybawił ich z tej patowej sytuacji Wilhelm Opitz, gospodarz.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam w ożywionej konwersacji – powiedział i Wojnicz zastanawiał się przez chwilę, czy Wilhelm drwi z nich, czy jest aż tak nieuważny. Lecz ten wziął go mocnym chwytem pod ramię i poprowadził w kierunku wyjścia.

– Przepraszam, ale muszę przekazać młodego człowieka pod uważne oko doktora Semperweißa. Nasz gość przybył tu w opłakanym stanie.

Frommer bąknął coś niewyraźnie, wrócił na swoje miejsce pod oknem i usiadł w takiej samej pozycji jak wcześniej. Jakby pracował tutaj na etacie dymiącego mebla.

– Doktor Frommer jest trochę dziwny, ale to przyzwoity człowiek. Jak wszyscy w moim pensjonacie – powiedział Wilhelm tym swoim coraz milszym dla ucha Wojnicza dialektem, gdy stanęli na schodach przed domem. – Chłopak zaprowadzi pana do doktora Semperweißa. Niech pan na niego uważa, nie lubi ludzi ze Wschodu. W ogóle nikogo nie lubi. To wielka strata, że nie ma tutaj kogoś takiego jak doktor Brehmer – dodał z zadumą, gdy po chwili obydwaj stanęli przy mostku.

Wojnicz był świadkiem, jak mgła formowała teraz dziwne pasma i płynęła w górę niczym dym.

– A może zna pan doktora Sokołowskiego? – zapytał.

Twarz Wilhelma rozjaśniła się i ożywiła.

– To oczywiste, że go znałem jako dziecko. Przyjaźnił się z moim ojcem, który u niego pracował. Wszyscy tutaj pracujemy przy kurhausach. Jak mu się wiedzie?

No cóż, tego dokładnie Wojnicz nie wiedział. Wiedział tylko, że pracuje w klinice warszawskiej, że miewa wykłady we Lwowie. Ojciec zabierał go na konsultacje, gdy Sokołowski bawił w tym mieście. I dzięki niemu tu się znalazł.

– Czy nadal jest taki szczupły? – zapytał jeszcze Willi.

Szczupły? Nie, nie szczupły. Profesor Sokołowski jest przysadzistym i tęgim mężczyzną. Wojnicz jednak nie musiał odpowiadać na to zaskakujące pytanie, bo ze smug mgły wyłonił się właśnie Rajmund, wczorajszy woźnica, kilkunastoletni wyrostek, którego Wilhelm powitał w dość szczególny sposób: lekkim trzepnięciem w głowę. Chłopiec przyjął to jako całkiem naturalny, przyjazny gest.

Szli teraz we dwóch w dół strumienia w stronę centrum wsi, Rajmund opowiadał coś z zapałem, ale mówił tak dziwnym dialektem, że Wojnicz niewiele rozumiał. Przyglądał się z zainteresowaniem pięknym domom stojącym wzdłuż drogi i robotnikom, którzy naprawiali trakcję elektryczną. Rajmund zapytał, czy Mieczysław wie, co to jest – elektryczność.

Potem ukłonili się dwóm starszym kobietom w szerokich spódnicach, siedzącym na ławce przed jednym z domów.

– Frau Weber i Frau Brecht – powiedział Rajmund z ironicznym uśmiechem i to akurat Wojnicz zrozumiał.

Po chwili chłopak wskazał z dumą sanatorium doktora Brehmera, ten sam budynek, który Wojnicz widział wczoraj wieczorem, teraz jednak wydawał mu się on jeszcze potężniejszy, zwłaszcza że mgła prawie zniknęła i gdzieś wysoko poza doliną świeciło hojnie wrześniowe słońce.

Rajmund zniknął, gdy tylko podprowadził Wojnicza pod właściwe drzwi w szerokim korytarzu. Teraz przejęła Mieczysława pielęgniarka, której oczy podkreślała czerwona opuchlizna. Krótki uprzejmy uśmiech odsłonił na chwilę jej duże, zażółcone zęby, które kolorystycznie współgrały z przetartą pozłotą zegarka na łańcuszku przypiętym do fartucha. Nad kieszonką miała wyhaftowane imię i nazwisko: Sydonia Patek.

Wojnicz musiał swoje odsiedzieć w poczekalni gabinetu doktora, który jeszcze nie wrócił z obchodu. Palce jego sięgnęły więc po wyłożone dla pacjentów czasopisma ilustrowane, ale oczy nie znalazły w nich uspokojenia; nie mogły się skupić na szwabasze. Ku swojemu zaskoczeniu Wojnicz znalazł jednak gazetkę po polsku i wzrok cudownie od razu zrelaksował się na wyrazach ojczystego języka:

Na Śląsku pruskim o ćwierć mili od granicy Czech, o 11 mil na południowy zachód od Wrocławia, w długiej dolinie ciągnącej się ze wschodu na zachód pomiędzy Riesengebirge i Adlergebirge leży w powiecie waldenburskim nad rzeczką Sztejną urocza wioska Görbersdorf, słynna od lat kilkudziesięciu jako stacja klimatyczna górska dla chorych piersiowych.

Poziom Görbersdorfu jest wzniesiony na 570 metrów nad powierzchnią morza, w pasie, który nauka lekarska nazywa “wolnym od suchot”. Otaczające go góry dosięgają 900 metrów. Osłaniają one wieś i jej zakłady lecznicze od wiatrów, które dochodzą tu osłabione; stąd panuje w Görbersdorfie cichość powietrza jak rzadko w której dolinie.

Dalej nie czytał, ale złożył broszurkę na pół i wsunął ją do kieszeni. Teraz jego uwagę przyciągnęła przeszklona gablota, gdzie stało ludzkie torso wykonane z drewna – bez głowy, rąk i nóg, z otwartą klatką piersiową i brzuchem, prezentowało narządy wewnętrzne pomalowane na różne kolory. Wojnicz podszedł do drewnianego kadłubka, żeby przyjrzeć się płucom. Były gładkie i czyste, wypolerowane, lśniące od lakieru. Przypominały mięsiste płatki monstrualnego kwiatu albo grzyby, które porastają korę drzew. Jak cudownie dopasowały się do rozmiaru piersi, jak pogodziły swoją powietrzną naturę z klatką żeber. Oglądał je uważnie, próbując zajrzeć pod spiczasty rożek, gdzie dochodziły do innych, pozwijanych narządów w rozmaitych kolorach. Mimo wszystko jednak był rozczarowany, spodziewał się może czegoś nowego, czego jeszcze nie wiedział. Rozwiązania tajemnicy. Dlaczego jest chory. A dlaczego inni nie.

Gdy wrócił na miejsce, ogarnął go znany mu niepokój, owo rozdrażnienie, które zawsze skutkuje tą samą reakcją organizmu – potami. Będzie musiał się rozebrać i wystawić swoje ciało na wzrok obcego. I panika: jak ukryje przed doktorem swoją wstydliwą przypadłość. Co trzeba będzie mówić, żeby nie poruszyć tych wszystkich drażliwych dla siebie kwestii. Jak się wymknąć. Ćwiczył to już tyle razy.

Gdy doktor wpadł do poczekalni, nawet na niego nie spojrzał – przemierzył ją szybkim krokiem, powiewały za nim tylko poły białego fartucha. Dał ręką znak, by pacjent wstał. Mieczysław prawie truchtem ruszył za doktorem do dużego gabinetu z ogromnym oknem, pełnego przeszklonych gablot, rozmaitych medycznych urządzeń i dziwnych foteli. Jakoś nie zaskoczyło Wojnicza, że przy biurku doktora stała oparta o nie strzelba – duża, wcale nie myśliwska, chyba raczej winchester, z pięknie wypolerowaną kolbą. Doktor, nie odwracając się, kazał mu usiąść i w ten sposób Wojnicz poczuł się bezpiecznie ukryty za biurkiem jak w okopie.

Podał doktorowi list polecający od profesora Sokołowskiego, ale doktor tylko rzucił nań okiem, wyraźnie bardziej zainteresowany siedzącym przed nim ciałem. Młodzieniec poczuł się nieswojo, a przyczyną był wzrok, jakim tamten na niego spoglądał. Tak jakby nie widział Mieczysława Wojnicza, pacjenta z dalekiego Lwowa, ale właśnie samo ciało, coś przedmiotowego i mechanicznego. Najpierw bez zażenowania odciągnął dolną powiekę Wojnicza, przyglądając się z uwagą kolorowi błon śluzowych i gałce ocznej. Następnie przesunął wzrokiem od brody po skronie, wreszcie kazał mu się rozebrać do połowy, krytycznie popatrzył na klatkę piersiową, a palcem zaczął naciskać sutki pacjenta.

– Nieznacznie powiększone, podobnie jak węzły chłonne – powiedział. – Zawsze tak pan ma?

– Od kilku lat – odparł onieśmielony Wojnicz.

Doktor chwycił go pod brodę i przeciągnął palcem po dwudniowym nierównym i słabiutkim zaroście. Obmacał skrupulatnie węzły chłonne, potem zaś jego śmiałe palce opukały plecy, wydobywając stamtąd głuchy dźwięk, dudnienie jak z podziemi. Robił to bardzo starannie, centymetr po centymetrze, niczym saper szukający ukrytej bomby. Wszystko to trwało z pół godziny, aż wreszcie doktor westchnął i kazał mu się ubrać. Dopiero teraz sięgnął po list. I odezwał się, spoglądając znad metalowych oprawek swoich okularów:

– Phthisis. – Brzmiało to tak, jakby zagwizdał. – Tuberculosis, gruźlica, a dziś mówi się modnie: Morbus Koch. To wszystko pan wie, młody człowieku, prawda?

Wojnicz dopiął guziki koszuli i potakująco pokiwał głową.

– Niezbyt zaawansowana, powiem szczerze. Ot, coś małego, ziarenko czegoś. “Phthisis” znaczy rozpad, wie pan? – Wymówił to słowo, “Zerfall”, z wyraźną przyjemnością, akcentując “r”. – Lecz my tutaj radzimy sobie z rozpadem.

– Tak, metoda doktora Brehmera… – zaczął Wojnicz, ale doktor zniecierpliwiony wstał i pomachał uniesioną dłonią.

– O tak. Brehmer zauważył, że to jeżdżenie do Włoch z gruźlicą nie ma najmniejszego sensu. Tylko górskie powietrze leczy naprawdę. Takie jak tutaj. Widział pan? – Lekarz podszedł do okna i na krótką chwilę się zamyślił. – Jesteśmy tutaj w kotle – mówiąc to, wykonał koliste, przesadnie szerokie ruchy rękami, jakby chciał dobitniej uświadomić słuchającemu naturę tego fenomenu. – Pod nami znajduje się wielkie podziemne jezioro, które sprawia, że jest tutaj cieplej niż gdzie indziej. To powietrze jest bogate w tlen, ale nie ma wiatru. Choroby płucne i epidemie nigdy nie były znane miejscowej ludności, uwierzy pan? Nikt tu nigdy nie chorował na płuca. A dodatkowo wysokość położenia pozostaje w granicach niezbędnych dla leczenia chorób płucnych, bo znowu nie przyspiesza zbytnio pracy serca, jak to bywa w miejscowościach leżących powyżej dziewięciuset metrów nad poziomem morza. Rośnie tu las jodłowy, który nasyca powietrze ozonem, a ozon odgrywa kluczową rolę w odnawianiu krwi i całego organizmu. Samo oddychanie zatrzyma proces rozpadu pana młodych płuc. Każdy oddech jest leczniczy, niech pan to tak postrzega. Niech pan sobie wyobrazi, że z każdym oddechem wpływa w pana płuca czyste światło. – Doktor patrzył na Mieczysława przez szkła okularów, które powiększały jego ciemne oczy w niepokojący sposób. – A oprócz tego mamy tu jeszcze inne atrakcje. Pan musi się tylko podporządkować, poddać reżimowi leczenia. Niech się pan poczuje jak w wojsku.

Podszedł do okna i pokazał mu ruchem głowy spacerujących po parku pacjentów.

– To są pańscy towarzysze broni.

Wojnicz nagle zdał sobie sprawę, że nie polubi tego lekarza. Przypomniał mu się łagodny, dobry doktor Sokołowski.

– To jest dla mnie jasne, panie doktorze – odpowiedział, obciągając mankiety koszuli. – Chciałbym tylko wiedzieć, czy mam jakąś szansę.

– Oczywiście, że ma pan szansę. Inaczej wcale by pan tutaj nie przyjechał, młody człowieku. Nie odważyłby się pan tu przyjechać, nie czując, że ma pan szansę. Chorowałby pan sobie spokojnie na Wschodzie. Tam jest płasko, prawda?

Wojnicz miał się teraz dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o genialnym doktorze Brehmerze, który kupił wieś Görbersdorf i całą okolicę, łącznie ponad sto hektarów lasów i gruntów, żeby założyć to sanatorium. Brehmer zauważył już dawno, że wyniki sekcji zwłok i badań żywych pacjentów chorych na gruźlicę zawsze pokazywały dysproporcję między sercem a płucami — płuca były u nich stosunkowo duże, a serce małe, o cienkich, wiotkich i słabych ścianach. Wcześniej nikt nie zwrócił na tę zależność specjalnej uwagi i nikt nie wpadł na pomysł, aby tę dysproporcję organów klatki piersiowej powiązać z etiologią gruźlicy. A wydawało się oczywiste, że małe, słabe serce prowadzi do spowolnienia krążenia krwi, przez to zaś do chronicznego niedokrwienia płuc i nabłonka płucnego. Następstwem tego była gruźlica. Prócz tego Brehmer studiował geograficzny rozkład występowania choroby, a to utwierdziło go w przekonaniu co do wspomnianej etiologii. Z relacji podróżników wynikało, że są miejsca i obszary, gdzie gruźlica nie występuje: wyższe góry we wszystkich strefach klimatycznych, Islandia, Wyspy Owcze, stepy Kirgizji.

Z jednej strony decydowały tu szczególne cechy klimatu wysokogórskiego. Niższe ciśnienie atmosferyczne sprawia, że organizm reaguje na nie zwiększoną aktywnością serca i przyspieszonym pulsem, bo broni się w ten sposób przed niedotlenieniem – to prowadzi do przyspieszenia przemiany materii i podwyższenia temperatury ciała. Po drugie, ważne były styl życia i dieta: dużo pożywienia, szczególnie tłuszczu, kumys z zawartością alkoholu, ciężka praca fizyczna.

Przyspieszony puls i przyspieszona akcja serca powodują przyrost objętości mięśnia sercowego i tworzy się silna muskulatura tego organu; często u mieszkańców wspomnianych regionów dochodzi nawet do hipertrofii serca, a więc do zjawiska odwrotnego niż u chorych na gruźlicę.

– Drogi młodzieńcze – zakończył swój wykład doktor Semperweiß. – To jest cała nasza recepta. W Europie Środkowej strefa wolna od gruźlicy zaczyna się na wysokości mniej więcej czterystu pięćdziesięciu metrów. Do tego stały nadzór lekarza, który reguluje dietę. Ponadto ruch na świeżym powietrzu. Leczy nas sama natura.

Doktor Semperweiß wyciągnął kartkę papieru i w punktach wypisał zalecenia, komentując je głośno lekko już znudzonym głosem:

– Co najmniej sześć tygodni, a najlepiej kilka miesięcy. Spacery dobrane indywidualnie dla pacjenta, koniecznie po trasach o różnym nachyleniu, po drodze muszą być ławki w małych odległościach, żeby się nie męczyć. Umiarkowane leczenie zimną wodą. I to właśnie panu pomoże. W medykamentach umiar. W razie silnych odruchów kaszlu zalecam powstrzymywanie kaszlu w miarę możliwości, a gdy się nie da go powstrzymać, należy popijać drobnymi łykami zimną wodę lub wodę sodową z gorącym mlekiem. Gdyby doszło do krwawienia z płuc, nie daj Boże, stosujemy tutaj woreczki z lodem na serce i płuca oraz zastrzyki z morfiny. Przy silnych atakach, z dusznością i osłabieniem, podajemy najpierw mocny środek pobudzający, na przykład szampan. Tak, niech się pan nie boi szampana i alkoholu w ogóle. Ale bezwzględnie w niedużych ilościach. Pijaństwo jest surowo zabronione! W przypadku gorączki najpierw robi się pomiary co dwie godziny, aby gorączkę potwierdzić. Pocenie nocne zwalcza się skutecznie wieczornym spożyciem mleka z dwiema, trzema łyżeczkami koniaku lub nalewki. Siostra Sydonia Patek wszystko panu wyjaśni i pokaże.

Wygłaszając całą tę przemowę, zapisywał zalecenia, Wojnicz zaś podziwiał, że potrafi robić te dwie rzeczy jednocześnie.

– Mieszka pan u Herr Opitza, czy tak? Każdego dnia będzie pan przychodził do kurhausu na zabiegi i leżakowanie, a kiedy tylko zwolni się miejsce w sanatorium, dam panu znać, tutaj wszystko jest płynne. Płynne – podkreślił. – Na razie pensjonat Herr Opitza jest dla pańskiego zdrowia tak samo dobry jak my czy sanatorium doktora Römplera, a codzienne krótkie spacery dodadzą panu rumieńców.

Doktor wstał energicznie i wręczył Wojniczowi kartkę z zaleceniami. I już po wszystkim, został przyjęty. Teraz siedział w poczekalni, aż brzydka pielęgniarka przygotuje mu dzienniczek leczenia i inne potrzebne dokumenty. Wyciągnął z kieszeni złożony we czworo świstek ulotki i dokończył lekturę:          

W ogóle przyznać należy, że pod względem leczniczym dotychczas za najskuteczniejszą kurację uchodzi pobyt w takich miejscowościach, jak Meran w Tyrolu, Görbersdorf na Śląsku lub Davos w Szwajcarii, na wzór Görbersdorfu urządzony. Sanatorium dra Römplera, założone w r. 1875, leży prawie bezpośrednio u stóp gór i składa się z odpowiedniej ilości budynków w postaci eleganckich willi. Wodociąg o długości 1140 metrów sprowadza z góry, u której stóp leży sanatorium, kryształowo czystą, wprost z porfirowych skał wytryskającą górską wodę źródlaną do elegancko urządzonych kąpielowych pokojów budynku prysznicowego.

Na zajęciach i rozrywkach pacjentom nie zbywa. Sama kuracja, obiady itd. dużą część dnia zajmują, a najbliższe urocze okolice Görbersdorfu nastręczają mnóstwo wycieczek. Celem kuracji jest, żeby pacjent sam swoją chorobę zwalczyć się starał. Trzeba go przez wzmocnienie organizmu uczynić odpornym. W ten sposób rozwój choroby z początku się zatrzyma, potem stopniowo cierpienie ustępować, a zdrowie wracać zacznie. Przez ciągłą gimnastykę zaatakowane płuca uczą się prawidłowo funkcjonować, świeże górskie powietrze pobudza czynności serca. Rezultaty kuracji görbersdorfskiej do najpomyślniejszych zaliczyć można. Prawie 75% pacjentów powraca do zdrowia.

Cudownie byłoby wierzyć, że należy właśnie do tych siedemdziesięciu pięciu procent.

Źródło zdjęcia głównego: fot. Łukasz Giza/Wydawnictwo Literackie



Source link

More articles

- Advertisement -

Latest article